Latest Posts

Oddział zamknięty

By 11:46

Wyświetlanie _DSC0474-001.JPG




„W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego amen. Dziękujemy Ci Panie za ten posiłek, jest dla nas wielkim darem! Kocham Cię bracie, Kocham Cię siostro! Cieszmy się, kocham Was!”

Mężczyzna po czterdziestce klęczy na środku pomieszczenia, przypominającego stołówkę ze złożonymi rękami.
-Kocham Cię siostro!  - zaczął dialog z pielęgniarką.
- A ja Ciebie nie kocham! – odpowiedziała pogardliwie.
- Nieważne! Ja Cię kocham
- Nie dostaniesz rozgrzeszenia, znajdę Twojego księdza – na szczęście rozmowę przerywa sanitariusz podający posiłek.
Kocham Cię – podchodzi do mnie chory mężczyzna i uśmiecha się szczerze -  Smacznego!
Wzbudza we mnie lęk. Lęk i wdzięczność, że nie jestem taka chora. To tylko świat jest za szary, za głośny. To tylko czas płynie zbyt szybko, ucieka przez palce, niknie w ciemnościach pełnych łez nocy. Tylko i aż. Aż nie możesz chodzić, aż rano nie możesz otworzyć oczu, aż wszystko Cię boli, aż przestajesz istnieć. Gaśniesz, dajesz się ponieść myślom i wreszcie lądujesz tu – w szpitalu, bo nie udało ci się odejść.
Każdy dzień ma taki sam harmonogram. Wszystko jest takie przewidywalne, ale wbrew pozorom wcale nie bezpieczne. Kiedy nie masz siły wstać na śniadanie, bo choroba i leki przygniatają cię do poduszki, zazwyczaj krzykiem budzą cię pielęgniarki i sanitariusze. Tak jakby nie rozumieli jak bardzo jest ciężko. Traktują cię jak hipochondryka. Są przekonani, że czujesz się lepiej niż mówisz.
Długi korytarz, w połowie przedzielony zamykanymi na klucz drzwiami. Rodzice pomagają wnieść bagaże. Pielęgniarka każe wyjąć sznurówki z butów, zdjąć sznurkowe bransoletki, pokazuje salę. Cztery łóżka, szyba pozwalająca personelowi na obserwację chorych. Zajmuję łóżko i próbuję sobie wmówić, że wytrzymam tu dwa tygodnie. Tylko z jedną sąsiadką jest kontakt, rozmawiamy. Pani będąca najdalej mnie, co chwile wychodzi, biorąc ze sobą wszystkie swoje rzeczy, po paru minutach wraca – zapala światło, myje ręce, otwiera okno i kładzie się do łóżka. W ciągu doby robi to kilkanaście razy.  Na szczęście, po kilku dniach zostałam przeniesiona na „lżejszy oddział”. Kolejny ranek, kolejne krzyki i moja niemoc. Mój wielki wewnętrzny ból. Nie idę na śniadanie, więc straszą mnie założeniem sondy, w końcu jedna z tych dobrych pielęgniarek przynosi mi śniadanie do łóżka, próbuję siebie wmusić kilka kęsów, ostatecznie chowam je pod łóżko, bo nie jestem w stanie się przemóc. Jeszcze tylko leki, a za kilka minut obchód, którego panicznie się boję, bo nie ma mojej lekarz prowadzącej, jest za to ordynator, bez cienia empatii.
- Dlaczego Pani nie wstaje? – zaczął.
- Bo nie mam siły - powiedziałam szeptem.
- Powinna się Pani uczyć – odpowiedział.
Przemilczałam jego odpowiedź i pierwszy raz od kilku dni udało mi się rozpłakać. Dziś czeka mnie jeszcze rozmowa z psychologiem. Najpierw jednak zajęcia z terapii zajęciowej, obiad i leki. Terapeutka jest tu jedną z niewielu bardzo przyjaźnie nastawionych osób. Podnosi na duchu, wspiera i motywuje do podjęcia minimalnej aktywności. Zawsze widzi w chorym coś wyjątkowego i chętnie obdarza nas komplementami. Zajęcia trwają do 16, a z nimi dni w moim depresyjnym stanie mijają jeszcze szybciej.
Nagle dostaję potwornego ataku lęku i uciekam do swojej Sali. Nie mogę oddychać, serce wali mi jak oszalałe, w efekcie znów ląduję na sali obserwacji, pod ścisłym dozorem. Leki uspakajające i sen, dużo snu. Sen pomaga, czasem. Nie mogę wytrzymać, tłukę w ukryciu lusterko i tnę się w szpitalnej łazience w wielkiej nadziei, że nic się nie wyda i uda mi się to ukryć. Przecież nie chodzę z biodrami na wierzchu.
- Ma Pani myśli samobójcze? – usłyszałam pytanie w gabinecie psychologa.
- Tak, mam.
- Nie wygląda Pani.
- Ale mam – odpowiedziałam ciszej.
- To co by Pani zrobiła?
- Pewnie to, co zrobiłam – z trudem przeszło mi przez gardło.
- A może Pani lubi tabletki?
To pytanie sprawiło, że całkiem się wycofałam. Nie, nie lubię tabletek, nienawidzę ich. Choć chciałam krzyczeć - milczałam, bo nie chciałam usłyszeć ani zdania więcej. Wróciłam do sali, i modliłam się, żebym wyszła. Jestem tu już kilka tygodni.
Dyżur ma dziś moja ulubiona pielęgniarka – kiedy ledwo żyłam robiła mi herbatę i osładzała gorycz  mojego życia kisielem.  Zamieniamy kilka słów, z dbałością dezynfekuje mi poranione biodra, nie pytając przy tym „dlaczego?” skoro jestem taka piękna, mądra, zdolna i mam co jeść. Ona rozumie. Ona nie krzyczy – ona przytula.
Po kilkunastu dniach życia w zawieszeniu, w obojętności przypieczętowanej lękiem, budzę się pełna energii. Znów ląduję na lżejszym oddziale i zaczynam szaleć.
Śpiewam, puszczam głośno muzykę i mam gdzieś, że przeszkadza to innym. Dostrzegam, że ściany są żółte, a nie jak mi się wcześniej wydawało białe. Denerwuje mnie personel zaglądający przez okienka w drzwiach. Denerwują mnie chorzy. Bo to ja! Ja jestem królem świata.
Od rana robię mnóstwo rzeczy, zaraz po śniadaniu tworzę barwny makijaż. Mocno różowe usta, niebiesko- zielone rzęsy. Za kilka chwil czytam notatki na sobotnie kolokwium i z uśmiechem oznajmiam lekarce prowadzącej, że wychodzę.
- Zmienia się Pani faza, nie wypuścimy Pani w takim stanie – padło.
- No jak to, jest świetnie i cudownie, a świat jest piękny i kolorowy.
Byłam wściekła, że mój pobyt w tym miejscu jeszcze potrwa, a czas się dłużył. Rozmowy nudziły, za to kreatywnie wykazywałam się na terapii zajęciowej.
A wieczorem? Wieczorem IMPREZA i karaoke! Byłam w takim stanie, że cały oddział chodził pod moje dyktando, a pielęgniarki wąchały mi soki, żeby sprawdzić, czy nie ma w nich alkoholu. Byłam pijana, upiłam się wspaniałym światem. Żeby nie było nudno, chowałam pacjentom rzeczy, opowiadałam wymyślone historie, żeby wmanewrować ich w swoją fikcję. Wierzyli. Cały czas mówiłam. Później twierdzili, że mam szatana w oczach i jestem wredna. A ja nie mogłam przestać się śmiać z ich żałosnych jak mi się wtedy wydawało historii. Byłam „bogiem”, a Bóg może wszystko!
Fazy w ciągu 10 tygodni spędzonych na oddziale zmieniały mi się kilka razy, razem z nimi zmieniało się postrzeganie świata i rzeczywistości. Zmieniał się mój stosunek do ludzi i patrząc na to z boku nie wiem jak mogłam tak postępować. Przechodziłam też kilkakrotnie przez zmiany leków, które miały rozmaite skutki uboczne.
Personel szpitala w jednym procencie był wspierający, w większości spotykałam się z krzykiem, drwiącym głosem i wzbudzaniem winy, bo „powinnam”.
Diagnoza – choroba afektywna dwubiegunowa.
Jest to choroba charakteryzująca się naprzemiennymi stanami depresji i (hipo)manii, lub / i stanami mieszanymi.
Kryteria epizodu maniakalnego DSM-IV są następujące:
Okres wyraźnego, nienormalnego i ciągłego, rosnącego podwyższenia nastroju i drażliwości, trwający przynajmniej tydzień (lub obojętnie jak długo, jeśli wymagana jest hospitalizacja). Towarzyszą mu trzy (lub więcej) z następujących objawów (cztery jeśli zmiana nastroju obejmuje tylko drażliwość) utrzymujących się na znacznym poziomie: (1) wzrost samooceny i poczucia wielkości; (2) zmniejszona potrzeba snu; (3) większa niż zwykle, lub nieustanna rozmowność; (4) ulotność myśli, lub subiektywne odczucie gonitwy myśli; (5) trudności w koncentracji uwagi; (6) wzrost aktywności ukierunkowanej na cel albo pobudzenie psychoruchowe; (7) nadmierne zaangażowanie w czynności dające przyjemność, które są potencjalnie bardzo bolesne w skutkach.

Objawy te nie odpowiadają kryteriom epizodu mieszanego.

Zaburzenia nastroju są wystarczająco silne, by spowodować zakłócenia funkcjonowania zawodowego, lub zwykłych czynności społecznych czy kontaktów z innymi ludźmi, gdy zachodzi konieczność hospitalizacji w celu uniknięcia samookaleczenia lub wyrządzenia krzywdy innym, albo też gdy pojawiają się cechy psychotyczne.

Objawy nie są wynikiem bezpośredniego działania określonych związków chemicznych (np. środków odurzających, środków farmakologicznych, lub innego rodzaju leczenia) lub ogólnego stanu zdrowia (np. nadczynności tarczycy)

                                                                                               Źródło: APA, DSM-IV, 1994.


Depresyjny element zaburzenia dwubiegunowego jest na pozór podobny do depresji jednobiegunowej, istnieją jednak poza tymi dwoma stanami różnice. Z jednej strony depresja dwubiegunowa jest bardziej dotkliwa i zwykle nie towarzyszy jej bezsenność i brak apetytu, lecz nadmierne objadanie się i nadmierna senność. Pacjenci z zaburzeniem dwubiegunowym poddani leczeniu za pomocą leków przeciwdepresyjnych popadają w stan manii.

W przypadku leczenia ChAD konieczna jest farmakoterapia (leki stabilizujące nastrój, neuroleptyki), dobrze, gdy jest ona  połączona z psychoterapią.

W czasie remisji chory potrafi bez problemu funkcjonować w społeczeństwie. Chorować w polskich szpitalach psychiatrycznych jest trudno. Wbrew pozorom często kadra opiekująca się pacjentami w kryzysie, nie ma odpowiedniego przygotowania psychologicznego. Sama przez kilka słów nie na miejscu kilkakrotnie płakałam. Zdarzyło się również, że wzbudzano we mnie poczucie winy, że choruję, że biorę leki uspakajające, mówiąc przy tym, że robię sceny, odgrywam teatrzyki. Niejednokrotnie spotkałam się też z poniżaniem pacjentów, bardzo często tych znajdujących się w pasach.

Warto jednak pamiętać, że kiedy pacjent zagraża sobie lub innym hospitalizacja jest niezbędna, po to by pomóc wrócić mu do właściwego funkcjonowania. Niestety często pacjenci wypuszczani są do domu zbyt szybko i po krótkim czasie wracają do placówki, w jeszcze gorszym stania. Dlatego kiedy już znajdziemy się w szpitalu, w epizodzie choroby, warto dać sobie i lekarzom czas.


Autor anonimowy


Piśmiennictwo:

M. Seligman, E. Walker, D. Rosenhan: Psychopatologia, Poznań 2003, Wydawnictwo Zysk I S-ka.


Wykorzystana grafika:
Autor: Katarzyna Szymanek, Licencja: Jestem sobą, nie chorobą






You Might Also Like

0 komentarze

//]]>