Latest Posts

Historia z życia

By 02:32


Nie wiem w jakich słowach mogę ująć swoją historię. Nie wiem nawet kiedy to się zaczęło. Ciężko mi dziś przypomnieć sobie ten moment.

Ponad dwa lata temu uciekłam od swojej przeszłości, od bólu, łez, walki z alkoholizmem ojca. Chciałam uciec a przeszłość mnie dogoniła. Biegłam za wolno aby przebiec ten maraton.
O co chodzi? W końcu miałam spokój, cztery ściany... Mogłam zacząć budować swoje życie jak tylko chcę. Jednak plany odeszły na drugi plan...
Nagle każdy dzień stał się walką o przetrwanie. chowałam się pod kołdrą i tak leciały moje dni. Wymyślałam różne smutne scenariusze własnego życia. Wizje śmierci stały się przyjemnością i rozkoszą.
Paradoksalnie.
Nie mogłam wychodzić z domu, dostawałam paraliżu twarzy. Na widok ludzi moje nogi stawały się lekkie jak piórko. Nie miałam w nich sił i modliłam się tylko, żeby zaraz nie upaść z bezsilności.
Zakładałam słuchawki do uszu aby zagłuszyć myśli. Wszyscy się na mnie patrzyli. Nie mogłam tego znieść, czułam się osaczona... wzrok mnie zabijał. Każdy wzrok zwrócony na mnie. Szłam z myślą, że każdy wie jak się czuję, jestem nienormalna i znają każdą moją myśl. Dzisiaj wiem, że nikt nie zwracał na mnie uwagi. Dzisiaj wiem...
Nie byłam w stanie szukać pracy, zawaliłam studia bo nie byłam w stanie powiedzieć 'obecna' na zajęciach. Nie szłam na pierwsze terminy egzaminów bo bałam się ludzi.
Toksyczny smutek zawładnął mną całkowicie. Nie potrzebowałam niczego jak tylko łóżka. Sufit stał się najciekawszym punktem mojego życia. Mogłam godzinami wpatrywać się w niego.
W końcu doczołgałam się na terapię. Zapisałam się na pierwszą lepszą DDA. Przez pierwsze trzy spotkania nie powiedziałam prawie nic. Nie mogłam. Nigdy w życiu nie opowiadałam o sobie, rodzinie, życiu. To był temat tabu. Nic nie wychodzi poza mury domu.
Terapeutka skierowała mnie do psychiatry. Poszłam, dostałam leki i diagnozę: zaburzenia depresyjno- lękowe. Później były kolejne. Dzisiaj wiem, że to wszystko za szybko się potoczyło. Może gdybym wytrwała przy terapii trochę dłużej, może leki nie byłyby potrzebne.... jednak wtedy godziłam się na wszystko, niewiele wiedziałam i niewiele rozumiałam.
Szybko zrezygnowałam z terapii bo nie chciałam rozstawać się ze swoimi kłamstwami. Nie chciałam burzyć stworzonego obrazu rodziny który tak bardzo odbiegał od rzeczywistości.
Buntowałam się i uciekałam.
Leki zostały - które mają swoją moc ale nie tak wielką, żeby uporządkować bałagan w głowie. Znalazłam kolejną terapię i w niej wytrwałam rok. To był najbardziej stracony czas w moim życiu. Nie kompetentna młoda Pani psycholog, z zegarkiem w ręku żebym przypadkiem o minutę dłużej nie siedziała w jej gabinecie. Po każdym wyjściu od niej czułam się jeszcze gorzej. Cofałam się w tył. Traciłam nadzieję, że jednak mogę z tego wyjść. Żadnych efektów. Nigdy jeszcze nie czułam się tak ignorowana i nie zrozumiana. Trwałam tak przez rok - nie wiem sama po co. Bałam się odejść. Bałam się zostać sama.
Nadszedł czas kiedy wszystkie siły gdzieś utraciłam. Czułam się wyssana z całej energii.
Postawiłam wszystko na jedną kartę. Pojechałam 200 km od mojego miasta do innego, na jednorazową konsultacje terapeutyczną. Przypadkowo trafiłam na nią - choć w przypadki nie wierzę. Czułam, że mam tam jechać - choćby nie wiem jak głupie to było. Było warto. Odnalazłam sens i pokierowano mnie dalej. Trafiłam na terapię grupową i jednocześnie rzuciłam sesje z panią psycholog. Trafiłam w kolejne ręce terapeutyczne w których trwam do dzisiaj. Rok z A. Cierpliwa, spokojna, ciepła. Nie traktuje mnie jak kolejnego pacjenta z NFZ ze stoperem w ręce. Pomaga, przywraca do życia.
Dałam jej bardzo popalić. Tak jak i sobie przez ten czas. Próbowałam przedawkować leki, po których wylądowałam w szpitalu. Odstawiłam z dnia na dzień leki które przyjmowałam długi czas. Celowo i świadomie.
Później do nich musiałam wrócić. Przeszłam testy diagnostyczne i dostałam kolejne diagnozy. Nerwica, zaburzenia osobowości. Poszłam prywatnie do psychiatry która po 20 minutach rozmowy zaleciła mi szpital psychiatryczny. Załamałam się jeszcze bardziej. Nie posłuchałam jej i dzisiaj szczerze dziękuję. Później słyszałam jeszcze o oddziałach nerwic, itd.
Zaczęłam się identyfikować z diagnozami. Już nie byłam uśmiechniętą dziewczyną tylko tą chorą, nienormalną. Nie patrzyłam już na siebie własnymi oczami. Nazywałam się depresja, nerwica, zaburzona.
Nie było już w tym mnie. Chodziłam na terapię a bardziej usprawiedliwiałam się tym chodzeniem. Niczego zmieniać nie chciałam. Dobrze mi było w swoim bagnie. Dobrze mi było cierpieć. Uzależniłam się od tego.
Próbowałam się z tego wyrwać, chciałam zacząć chcieć ale to wszystko po nic. Z powrotem ciągnęłam się w dół.
Nadeszła zmiana. We mnie. Zdałam sobie sprawę, że chcę to porzucić. Zacząć na nowo. Budować piękne chwile, żyć szczęśliwie. Nie wiem jak to się stało - ale to najpiękniejsze co mogło się wydarzyć.
Dziś jestem osiemnasty dzień bez leków. Odstawiłam pomimo sprzeciwów lekarza. Przestałam brać z dnia na dzień. To były najcięższe dni w moim życiu. Od zawrotów głowy, brain zapów po nudności, rozchwiany organizm, wybuchy płaczu. Wszystko przeżywałam dziesięć razy mocniej. Reklama w telewizji była w stanie wywołać u mnie napad płaczu. To było. Dziś jest lepiej.
Nie mówię, że jest wspaniale jednak walczę ze sobą aby przywrócić odpowiedni poziom serotoniny. Kiedy zaczyna mnie zalewać fala destrukcyjnego przygnębienia - ubieram dresy i wychodzę. Biegam, przebiegam siebie i dobiegam do swojej mety która zwie się spokojem.
Odzyskuje swoją wiarę w siebie. W swoje możliwości. Wierzę, że moje życie zależy tylko i wyłącznie ode mnie. Leki, terapia odgrywają ogromną rolę jednak to ja jestem głównym aktorem swojego życia. Nikt nie zagra go za mnie.
Wiem, że to jeszcze nie koniec. Wspieram się terapią na której mogę zrozumieć swoje mechanizmy i krzywdzące schematy. Mogę z tego wyjść, wiem o tym. Mam siłę i to wielkie szczęście, że trafiłam właśnie do tego gabinetu terapeutki która tak bardzo walczyła i walczy o mnie.
Nie mam odwagi aby o tym mówić głośno, nie chować się pod anonimem. Nie mam odwagi bo kiedy wspominam i przypisuje swoją historię komuś innemu - słyszę, że świr bo chodzi do psychiatry.
Ludzie, to ja jestem tym świrem z którym rozmawiacie, śmiejecie się, wychodzicie na kawę czy do kina. Jestem jedną z was.
Mam nadzieję, że ludzki punkt widzenia kiedyś się odmieni.


You Might Also Like

0 komentarze

//]]>